Moja sentymentalna historia tanga z fotografią w tle

Trudne początki.

Na początku były „Owoce morza”.

30 czerwca 2005 roku namówiony przez prowadzącego warsztaty fotograficzne postanowiłem zaprezentować swoją pracę na wystawie Galeria Bezdomna w kamienicy d. Kasy Przemysłowców Warszawskich przy ulicy Złotej 1 (dużo później dowiedziałem się, że tam swoje początki miała Złota Milonga). Nieświadom konsekwencji, mocno stremowany, zaprezentowałem poniższy fotoreportaż z sopockiej plaży przed sezonem.

Powiedziałem A należało więc powiedzieć B. Postanowiłem pójść za ciosem i wybrałem się oczywiście na otwarcie tej wystawy. Stremowany jeszcze bardziej przemierzałem klimatyczne pomieszczenia niszczejącego  budynku przy ulicy Złotej oglądając prace innych kolegów fotografów tych zawodowych i amatorów. I nagle usłyszałem dźwięki tanga. Tango tutaj? Szybko podniosłem do oka aparat i oto scenki jakie sfotografowałem.

 

 

 

 

 

 

To były początki mojego nowego życia, życia z tangiem w tle. Kiedyś, jeszcze na studiach, zdarzało mi się „pójść w tango”, ale to zdecydowanie jednak nie było to, co czekało już na mnie w sympatycznym budynku w Ogrodzie Krasińskich. Jednak za nim tam dotarłem minęły ponad dwa lata. Byłem przekonany, że na lekcje tanga należy przyjść z własną partnerką. Straciłem tyle czasu (!) nie wiedząc, że akurat w tangu mężczyźni to deficytowy towar.

W końcu, 16 lipca 2007 roku, po raz pierwszy stanąłem na parkiecie sali w Złotej Milondze.

Kolejną grupę początkujących przywitała przemiła para nauczycieli Luiza Pasierowska i Jakub Korczewski. I tutaj na jakiś czas przestało być fajnie, bo nagle okazało się, że chodzenie może wytrącać z równowagi. Aby ten dziwny stan osiągnąć wystarczyło tylko objąć partnerkę  tangowym trzymaniem i potem już można było do woli kiwać się na wszystkie strony przy dźwiękach tanga Bahia Blanca. Jeżeli jakimś cudem udawało się utrzymać w osi, to partner już spieszył z pomocą i skutecznie z niej wytrącał. I tak na tych zajęciach, uczyliśmy się na nowo chodzić, skręcać ciało w pivotach i wykonywać dużo innych dziwnych czynności mając nadzieję, że w końcu ta trudna sztuka tanga przestanie być taka nieosiągalna.

Z tego okresu pamiętam dwa zdarzenia; wyjście ze swoją partnerką na pierwszą milongę, kiedy to po dwóch krokach (każde z nas ruszyło w przeciwną stronę) zeszliśmy z parkietu i na tym skończył się nasz udział w milondze, a w konsekwencji w lekcjach. I drugie, kiedy to widziałem rozpacz w oczach poproszonej przeze mnie do tańca lepiej tańczącej partnerki. To zdarzenie miało miejsce podczas Milongi Wigilijnej w ZM.

Rok później zdarzyło się coś co nagrodziło mi rok potu zostawionego na parkietach sal tangowych, ale o tym będzie w dalszym części opowieści.

Pierwsze warsztaty. 

Zapewne całkiem słusznie miałem mniej wiary w swoje umiejętności niż moi koledzy z grupy początkującej i na swoje pierwsze warsztaty wybrałem się dopiero po ponad pół roku nauki tanga. Były to warsztaty z Gladys Fernande (2-3 lutego 2008).

Póżniej był Ruben Milonga Terbalca (12-14.02.2009), a następnie Guillermo Cerneaz i Paula Rampini (29.02. – 2.03 2008)

Jakie wrażenia? Było bardzo miło i tangowo. Dużo nowej wiedzy i wrażeń . Ale zacząłem się wtedy zastanawiać czy wszyscy Argentyńczycy tańczący tango są tak drobnej postury. A i przy okazji okazało się też, jak zawodna jest ludzka pamięć mężczyzny po 40-stce. Nic już z tych zajęć nie pamiętam. Ale skoro jeszcze wtedy nie wiedziałem, że dzisiaj już tego nie będę pamiętać poszedłem na kolejne  warsztaty z Mariano Galeano i Beatą Mają (4-6.04 2008).  Wtedy też usłyszałem od Mai, że mam … kiepski timing, co w wolnym przekładzie brzmiało … (nie zacytuję w obawie przed cenzurą, może czytają mnie dzieci).

Rekordy tangowe.

W tym czasie uczęszczałem już na kilka zajęć w Złotej, do tego praktyki i milongi i któregoś razu dokonałem podsumowania. Spędziłem w ciągu jednego tygodnia 35 godzin na tangu. Znajoma tanguera, kiedy to usłyszała, wzruszyła ramionami, powiedziała witaj w klubie i zapytała czy przyjaciele już też mnie opuścili?

Spontan tango.

Gdyby nie wspomniany już spontan na wystawie fotograficznej, nie byłoby tej strony, tego tekstu.

Polubiłem spontany.

Np. ten na Rynku Starego Miasta podczas wernisażu wspaniałej malarki i sympatycznej koleżanki tangowej Martty Węg. (aparat Eli Besowskiej, autor nieznany).

Miło też było na spontanie w Nowej Hucie w czasie Festiwalu Tanga w sierpniu 2008r. W Teatrze Rampa, podczas koncertów Al Tango, po sobotnim i niedzielnym spektaklu też była całkiem spora grupka tancerzy.

Miły zwyczaj tangowy.

Świętowanie urodzin i imienin podczas milong to rewelacyjny pomysł na integrację tangowego towarzystwa.  Chociaż na początku w ogóle nie wyobrażałem sobie jak można wyjść na środek sali  i pozostać przez kilkanaście sekund w objęciach partnerki na oczach tłumu widzów. Albo samemu oddać się w ręce tanguer. Nigdy w życiu. Swoje urodziny przesiedziałem więc cichutko przy stoliku w Złotej przyjmując życzenia tylko od zaufanych koleżanek, które wiedziałem, że nie zdradzą mojej „tajemnicy”. Odwaga pojawiła  się półtora miesiąca później. Trafiła nam się wspaniała urodzinowa-imieninowa impreza w Złotej Milondze. Prawda Martto?

      

 

 

 

 

Projekt zaproszenia: Martta Węg i Robert Kandefer, zdjęcia: Monika Galicka

Wyjazdy tangowe.

Zaczęło się od wyjazdu na wspaniały Festiwal Tanga na Krymie. Z początku byłem jedyną osobą z Warszawy, która zdecydowała się na ten wyjazd. 5 dni wspaniałej pogody (nie za ciepło, nie za zimno), Krym przed sezonem, nie zatłoczony. Restauratorzy trochę nas oszukiwali, ale robili to z wdziękiem więc pozwalaliśmy im na to. Z podobnym wdziękiem „kelner” w stołówce przy hotelu w którym mieszkaliśmy, nakładał mi palcami na talerz kawałki żółtego sera i masło. Wprawiło to w osłupienie nawet siedzącego obok Rosjanina z Moskwy a ja potem do codziennej porannej kawy nad brzegiem morza zamówiłem jeszcze podwójną lampkę koniaku, tak na wszelki wypadek. Milongi w czasie festiwalu były fantastyczne. Ogromną niespodziankę sprawiła nam też koleżanka  z Moskwy, która w czasie koncertu zespołu zaśpiewała po polsku Tabakierę.

Kolejny wyjazd, to Tangowy Obóz w Rajgrodzie, gdzie zupełnie inne spojrzenie na tango rzucili nam Mariano Galeano i Paula Rubin. Intensywne zajęcia w otoczeniu sympatycznych ludzi i wspaniałych okoliczności przyrody. Wspomnienia pozostały… na stronie Złotej Milongi.

Oto fotki z pokazu Mariano i Pauli.

 

Zanim wsiadłem z kilkoma innymi pasjonatami tanga do samolotu do Ameryki Południowej na mojej mapie tangowej pojawił się jeszcze Kraków. Przygód po drodze było sporo, bo najpierw samochód ugrzązł mi w błocie w okolicach miasta o dźwięcznej nazwie Grójec. A wieczorem, w Krakowie napadł na nas grad, co w końcu nie było dziwne, bo był to środek sierpnia. Na kolacji w restauracji chcieli nas otruć, ale szklanka porządnego Jacka Danielsa nie tylko poprawiła równowagę mojego organizmu, ale także miała pozytywny wpływ na moje odczuwanie tanga tego wieczoru na milondze w Klubie Rotunda. Tak przy okazji nadmienię, że do Rotundy w czasie studiów w „tango” chodził mój Tato.

Buenos Aires

Wyjazd do Ameryki z założenia miał być bardziej turystyczny.

Argentyna nie należy do małych krajów więc odległości do pokonania były ogromne. W planach były oczywiście milongi, chociaż nikt nie spodziewał się aż tak przewrotnego rozwoju sytuacji. Pierwsze cabaceo i … sukces. Jestem na parkiecie z rodowitą Argentynką, która akceptuje moje tango więc żadne z nas nie ma stresu (później okazało się, że tańczy tango od 6 lat). Ja jestem zadowolony, kiedy dowiaduję się, że Marcela właśnie świętuje swoje urodziny, ona szczęśliwa, kiedy słyszy, że jest moją pierwszą argentyńską partnerka. Ogólnie jest miło. Na dodatek obok nas siadają dwie niemieckie nauczycielki tanga. Ines zatańczyła na Festiwalu w Krakowie porywający pokaz  do walca Chopina, więc był pretekst do rozpoczęcia rozmowy. Akurat tego wieczoru miały niechęć do miejscowych tancerzy. Dzięki temu był to dla mnie bardzo przyjemny wieczór tanga.

Później było różnie. Największą traumę przeżyłem w La Virucie. Tłumy ludzi, bez szans na cabaceo, proszący z desantu wiekowi Argentyńczycy skutecznie zniechęcili kobiety do tej formy zapraszania do tańca, nie pozostało nic innego jak tylko ewakuować się.

Dotarliśmy też na milongę w Montevideo. O i tam było bardzo ciekawie.  Ogromna sala ze sceną i stołami. Na scenie koncert, przy stołach wyżerka, harmider, własnego głosu nie słychać. A w kącie sali, wydzielone pomieszczenie, a wewnątrz grupa ludzi przesuwająca się po parkiecie przy dźwiękach znanych  tangowych utworów. Byliśmy jedyną parą, która była spoza tego środowiska i trzeba przyznać, że zostaliśmy bardzo gościnnie przyjęci. Wprawdzie średnia wieku zdecydowanie przewyższała  – 60 ale … nie było sensu narzekać.

Bardzo szybko jednak przyszła nagroda. W rocznicę mojej porażki na parkiecie w czasie Wigili w Złotej Milondze. W hotelu w Iguazu zorganizowany został dla gości pokaz tanga a na zakończenie nauka. Nauka polegała na tym, że cała czwórka tancerzy prosiła do tańca gości hotelowych. Jakież było moje szczęście, kiedy jako pierwszy wylądowałem w objęciach atrakcyjnej tanguery i jakież było jej zdziwienie, że przez całe tango, facet w sandałach nie podeptał jej seksownych stóp a jeszcze na dodatek zaaplikował jej bolea, gancha i volcady. Z każdą minutą tanga jej oczy robiły się coraz większe z zaskoczenia. Zapewne w Buenos nawet by na mnie nie spojrzała, a tam w środku tropików było miło. Dla takich chwil warto pokonywać słabości swojego ciała.

Wyjazdowy plan do Argentyny przewidywał powrót tuż po Świętach. Wigilię spędziliśmy więc w naszym ścisłym gronie korzystając z gościnności włoskiej restauracji.

 

 

Skok na głęboką wodę.

Nie byłbym sobą, gdybym swoje kontakty z tangiem ograniczył tylko do lekcji i milong. Efekty moich fotograficznych dokonań widać na tej stronie. Ale postanowiłem także zmierzyć się z trudną sztuką organizowania milong i układania muzyki. Jak trudne były to początki wiedzą Ci, którzy odwiedzili 15 września pierwszą milongę w Mechaniku. Była to dla mnie szkoła pokory, ale też przyczynek do poszukiwań. Nagrodą za poświęcony czas były osoby, które wracały i które świetnie czuły się w klimacie klubu i płynących z kolumn dźwięków tang.

Projekt zaproszenia: Martta Węg

Koniec pierwszej części wspomnień.

I tak kończy się pierwszy ważny okres w moim tangowym życiu. Przede mną, mam nadzieję, następne długie lata emocji na parkiecie.

luty 2009 r.